Z pewnym opóźnieniem publikuję krótkie podsumowanie listopada:
  1. złożyliśmy nowe regały na książki - najprostsze i najtańsze, kupione w Ikei, a pomieściły większość domowej biblioteczki. Trzeba przyznać, że teraz nasz księgozbiór prezentuje się znacznie lepiej i zachęca każdego, kto tylko zajrzy do pokoju, by wziąć coś do ręki i zacząć czytać.
  2. zakończyłem 3-letnie kształcenie zawodowe - ostatni egzamin zdany z wynikiem bardzo dobrym, co oznacza, że nawet gdyby egzamin zawodowy nie poszedł po mojej myśli, to edukacji jako takiej nie będę już musiał powtarzać. 8 lat studiów i aplikacji minęło. Był to czas owocny, bardzo znaczący w moim dotychczasowym życiu, a i rzutujący na przyszłość. Czas pokaże, co dalej. Ukończenie nauki uczciliśmy pizzą, lodami i oglądaniem seriali o zombie ;)
  3. wielkie dyniobranie - mieliśmy okazję jeść dynię u babci, u rodziców, a w końcu - u siebie. Dynia od kilku lat kojarzy mi się z jesienią i sezonowym gotowaniem. W tym roku po raz pierwszy sami kupiliśmy dynię i przygotowaliśmy z niej przepyszną dyniową zupę.
  4. jedliśmy rogale świętomarcińskie - co prawda nie w Poznaniu (choć z Poznania!), ale i tak bardzo nam smakowały, stając się pretekstem do zgłębienia (i opisania na blogu) tradycji ich wypieku.
  5. świętowaliśmy moje urodziny - z najwyższym domowym tortem urodzinowym na świecie, planszówkami i w doborowym towarzystwie najbliższych przyjaciół. Nieczęsto jest okazja do spotkań w komplecie, dlatego tym bardziej cenię sobie takie wspólnie spędzone chwile.
  6. piwo Tyskie w Tychach i rolada śląska - miesiąc bogaty w doznania kulinarne, gdyż miałem okazję poza dynią i rogalami spróbować również rolady śląskiej i wypić świeże, 7-dniowe piwo Tyskie w miejscu jego powstawania - a więc oczywiście w Tychach. Nie wiem, czy było lepsze, ale z pewnością ze względu na bycie w Tychach lepiej smakowało. Aspekt psychologiczny ma tutaj prawdopoobnie decydujące znaczenie ;)
7.12.2015
Jesień trwa w najlepsze, i choć taka tradycyjna polska złota jesień była dosyć krótka, to przyszły już nie mniej tradycyjne jesienna słota i ciemność za oknem rano i po południu. Ale, ale, żeby dostrzec również jasne strony ciemnej pory roku to warto przenieść się do kuchni i spróbować jesiennych potraw i smakołyków :) U nas w tym roku padło na rogale świętomarcińskie i dyniową zupę.

Rogale przyjechały prosto z Poznania, dzięki mamie, która sprawiła nam taką fajną niespodziankę. I trzeba przyznać, że coś w sobie te rogale mają. Ciasto jest naprawdę smaczne, a wypełniająca je masa nie powiela typowej miazgi z rodzynkami, jaką można znaleźć w różnych słodkich bułkach. Skąd się w ogóle wzięły te rogale i dlaczego są takie nietypowe? Podobno tradycja ich wypieku pochodzi jeszcze z czasów pogańskich, gdy były ofiarowywane bogom zamiast ofiar z trudniej dostępnych i zwyczajnie bardziej wartościowych wołów. Kształt rogala miał przypominać wole rogi. Kościół przejął ten zwyczaj, jak wiele innych pogańskich tradycji, zgodnie z regułą, że lepiej oswoić dawne zwyczaje i przerobić je na obrządek chrześcijański niż z nimi walczyć. W ten sposób, choć nie wiadomo kiedy, tradycja rogali została połączona z postacią św. Marcina. Kształt rogala miał przypominać podkowę, zgubioną przez konia świętego. 

Kim był sam święty? Urodził się w IV w. w Panonii, będącej prowincją cesarstwa rzymskiego, najprawdopodobniej na obszarze dzisiejszych Węgier. Razem z rodziną przeniósł się do Włoch, gdzie w wieku 10 lat zainteresował się religią chrześcijańską. Wkrótce został rzymskim legionistą i według różnych źródeł pełnił służbę od kilku do kilkudziesięciu lat. Uznał jednak, że wojenne rzemiosło nie przystoi chrześcijaninowi i w przeddzień bitwy z Germanami poprosił o zwolnienie go ze służby wojskowej. Rozgniewane dowództwo wtrąciło go do aresztu, w reakcji na co święty poprosił o wysłanie go do walki w pierwszym szeregu, bez broni, gdzie chciał walczyć jedynie znakiem krzyża. Niezwykle fartownie dla Marcina, Germanie nazajutrz poddali się. Po powrocie z wojny został mnichem i poświęcił się życiu zakonnemu we Francji. Po wielu latach został wybrany przez wiernych biskupem Tours. Nieco przewrotnie, wobec późniejszego przyodziania go w rogalowe tradycje, zasłynął burzeniem pogańskich świątyń, profanowaniem podobizn dawnych bogów i wycinaniem świętych gajów. Za to Francuzi uczynili go swoim patronem. Przez całe życie bronił heretyków i wrogów zmieniającej się władzy świeckiej, żył w ascezie, i umartwiał się za grzechy wiernych. Obecnie jest patronem m.in. żołnierzy (co również jest dość paradoksalne, biorąc pod uwagę historię jego służby w legionach), ale też więźniów, hotelarzy i podróżników ;)

Wspomnienie św. Marcina obchodzimy 11 listopada i właśnie tego dnia wypiekana jest połowa wszystkich rogali świętomarcińskich. Rogale te zrobione są z ciasta półfrancuskiego i zawierają nadzienie z białego maku. Tradycyjnie przyrządzane są w Poznaniu i okolicach. Zwyczaj wypieku rogali istnieje w Poznaniu na pewno co najmniej od XIX w. Według legendy proboszcz parafii św. Marcina miał zaapelować do wiernych, aby wzorem patrona uczynili coś dla biednych (albowiem św. Marcin miał oddać połowę swojej żołnierskiej opończy żebrakowi). Obecny na mszy cukiernik namówił innych rzemieślników z cechu do pomocy i tak zaczęto wypiekać rogale, które rozdawano ubogim.

Aby cukiernia mogła posługiwać się nazwą "rogale świętomarcińskie" musi uzyskać certyfikat Kapituły Poznańskiego Tradycyjnego Rogala Świętomarcińskiego. Określenie rogala zostało również wpisane na mocy rozporządzenia Komisji Unii Europejskiej do rejestru chronionych nazw pochodzenia i chronionych oznaczeń geograficznych w UE.

Zdjęcia rogala nie mamy, za to możemy śmiało napisać, że warto go spróbować :)

Mamy natomiast zdjęcia innego jesiennego specjału - czyli dyni! Naszej pierwszej wspólnie przygotowanej, a później zjedzonej, zupy dyniowej. Mieliśmy okazję jeść dynię wcześniej u rodziców i u babci, każda była inna. Zupę przyrządza się bowiem na mleku, i im go więcej, tym zupa delikatniejsza. Im mniej, tym bardziej wytrawna. Nam wyszła pośrednia, którą zjedliśmy z dużą ilością cynamonu.

Warto kupić jedną dużą dynię na jesień. Wspólne jej obieranie i krojenie, charakterystyczne wnętrze dyni i intensywnie pomarańczowy kolor - czynią gotowanie dyniowej zupy wyjątkowym i naprawdę fajnym, jesiennym doświadczeniem.



22.11.15
Jak wspominałem na blogu, w październiku odwiedziliśmy indyjską restaurację "Kalyan", mieszczącą się na Pradze Południe w Warszawie. Nie jedliśmy nigdy wcześniej razem potraw indyjskiej kuchni, więc kupon na Grouponie szczególnie nas zainteresował. Jak czytamy na stronie restauracji, Kalyan oznacza w sanskrycie coś pomyślnego, pięknego. Warto przy okazji zauważyć, że sanskryt pełni w Indiach rolę, jaką w Europie pełni łacina - obecnie wykorzystywany jest głównie w ceremoniach religijnych (hinduizmu), stanowi też fundament kultury i literatury mieszkańców Indii. Tego rodzaju nobilitacja nazwy restauracji i jej znaczenie samo w sobie budzi bardzo pozytywne skojarzenia.

Lokal restauracji nie jest duży. W środku znajdziemy kilka stolików, ustawionych nieco za blisko siebie, co przeszkadza prywatności rozmów i intymności kolacji, której często szukają pary. Na uwagę zasługuje za to jeden szczególny stolik, oddzielony od reszty sali parawanem, otoczony poduszkami, i wyglądający przez to dużo bardziej indyjsko. Z perspektywy drugiej części lokalu stolik ten wygląda niczym VIP room dla jakiegoś maharadży (indyjskiego króla) ;)

W wystroju restauracji widać różne elementy nawiązujące do Indii. Figurki, charakterystyczne osłony lamp, zdjęcia i obrazki. Jednak ogólny obraz pozostawia niedosyt i nie do końca pozwala przenieść się choć na chwilę do dalekiej południowej Azji. Ciekawą i oryginalną propozycją jest stolik-plansza do indyjskiej gry Carrom, zwanej indyjskim bilardem. Szkoda, że znajduje się w kącie sali i przynajmniej w czasie naszej wizyty wydawał się nieużywany i zawalony różnymi rzeczami. Zasady gry można znaleźć na stronie restauracji.

Na pierwsze danie zamówiliśmy kurki w szpinaku i Tom Kha Kai (zupę na mleku kokosowym z kurczakiem, z dodatkiem kolendry i galangi - przyprawy podobnej do imbiru). Były bardzo smaczne, zwłaszcza zupa z galangą - słodko-ostra i ciekawa. W ramach dania głównego wybraliśmy potrawy z baraniną - baraninę w sosie cebulowo-pomidorowym w stylu kaszmirskim (Mutton Rogan Josh) oraz baraninę w kremowym sosie z pastą z nerkowców (Mutton Korma). Do tego tradycyjne indyjskie chlebki, a tak naprawdę placki - razowy nadziewany serem paneer i pszenny z rodzynkami, migdałami i serem paneer. Ser paneer to indyjski ser na bazie tłustego mleka i soku z cytryny. Jak smakowały dania? Bardzo dobrze, o ile lubi się smaki ostry i słodki. Bowiem danie w stylu kaszmirskim, choć nie bardzo ostre, nie nadaje się dla tych, którzy nawet ketchup wybierają łagodny ;) Natomiast danie z pastą z nerkowców było naprawdę bardzo, bardzo słodkie, zwłaszcza z chlebkiem z migdałami. I naprawdę pyszne. Dodatkowo trzeba powiedzieć, że porcje są duże i trudno jest zjeść je do końca. Do picia polecam Ginger Lemon Water - napój z imbirem, miętą i sokiem z cytryny. Orzeźwiający i korzenny równocześnie. Na deser zaś wzięliśmy Gulab Jamun - smażone kulki mleczne w syropie z kardamonem. Kulki te przypominają słodkie nasączone ciasto i stanowiły miłe zakończenie kolacji.

Podsumowując, jedzenie w restauracji Kalyan jest naprawdę dobre, a porcje są duże i pozwalają nie tylko posmakować innej kuchni, ale też uczciwie się najeść. Trzeba jednak pamiętać, by wybierać potrawy pod swój smak, i brać poprawkę na to, że nawet "mało ostre" dania według obsługi mogą okazać się dla nas... zbyt ostre. Jedyne czego zabrakło w lokalu to wspomniany na wstępie nastrój wnętrza i brak intymności. Za mało, jak dla nas, czuć w nim ducha Indii. Jeżeli jednak nie byliście nigdy dotąd w restauracji indyjskiej i zależy wam przede wszystkim na walorach smakowych - śmiało polecam.

14.11.15
Kolejny miesiąc już za nami, a na blogu - drugie podsumowanie. Październik minął mi bardzo szybko i aktywnie, wciąż przede wszystkim naukowo (co nie zmieni się aż do marca przyszłego roku), ale też towarzysko i organizacyjnie, bo udało się zrobić kilka rzeczy w domu. Spotkania z bliskimi, choć bardzo rzadkie, należały do wyjątkowo udanych. Zmiany w mieszkaniu podniosły zaś wyraźnie komfort życia na co dzień i wlały do wnętrza więcej domowego ciepła. Sami zobaczcie, co się u nas działo w październiku:


1. kolacja we dwoje w indyjskiej restauracji - razem z M. wybraliśmy się do indyjskiego lokalu, gdzie próbowaliśmy nowych słodko-pikantnych smaków. Były ciekawe zupy, mięsne danie główne z tradycyjnym indyjskim chlebkiem, i oryginalne desery. Jednak choć wszystko było nowe i interesujące, to nie do końca nam smakowało. W lokalu brakowało też nieco nastroju, na który liczyliśmy. A może liczyliśmy na zbyt wiele? W każdym razie miło spędziliśmy razem czas, i co ważne, inaczej niż zwykle. Co w okresie egzaminacyjnych przygotowań nie jest takie proste.

2. spotkania z przyjaciółmi - w czasie których rozegraliśmy pierwszę bitwę w Warhammer: Age of Sigmar przy użyciu niepomalowanych jeszcze i nie wszystkich modeli z podstawki, a także oglądaliśmy zdjęcia z Wyprawy Bałtyckiej i próbowaliśmy tamtejszych trunków w postaci ryskiego czarnego balsamu i estońskiego lokalnego piwa prosto z Saremy, największej estońskiej wyspy. Fajnie spróbować czegoś regionalnego po powrocie do kraju, bo choć wakacje zostały 1000 km stąd, to udało się z nich przywieźć nie tylko wspomnienia ;)

3. urządzanie mieszkania - w październiku kupiliśmy wreszcie regały na książki - klasyczne, proste i tanie. Od dawna marzyłem o zwykłej półce na książki, na której mogłaby godnie spocząć domowa biblioteczka. Poza tym zamontowaliśmy żyrandol w jednym pokoju, a w innym karnisz pod zasłony. Na ścianach w salonie pojawiły się zaś pamiątki z Wyprawy Bałtyckiej (początek kolekcji naściennych bibelotów), zegar i puste póki co, ale już zawieszone ramki na zdjęcia.

4. pierwszy komentarz na blogu - październik to również miesiąc, w którym na blogu pojawił się pierwszy komentarz - pod wpisem dot. Karbali. A każdego piszącego w sieci cieszą takie rzeczy :) Poza tym na blogu ukazało się 5 wpisów, a więc jak dotąd udaje mi się co tydzień publikować coś nowego.

Przed nami listopad! Życzę wam wszystkiego dobrego :)

8.11.15

Na tytułowy trunek natknęliśmy się w czasie naszej tegorocznej Wyprawy Bałtyckiej, przemierzając urokliwe uliczki ryskiego starego miasta. Naszą uwagę przykuł sklep firmowy, w którym mimo nieco wyższych cen można było faktycznie spróbować każdej odmiany tego tradycyjnego trunku oraz posłuchać o jego długiej historii i przypisywanych mu właściwościach.

Czym jest ryski czarny balsam (łot. Rigas Melnais balzams)? Tradycyjnym łotewskim likierem ziołowym, którego pilnie strzeżona receptura obejmuje kilkadziesiąt różnych ziół. Likier ma 45% alkoholu i gorzki, ziołowy smak. Jak dowiedzieliśmy się od sprzedawcy, Łotysze często piją kieliszek po obiedzie, gdyż ma on ułatwiać trawienie i łagodzić wszelkie dolegliwości pokarmowe. Pomaga również na przeziębienie, ponieważ bardzo dobrze rozgrzewa i wspomaga odporność. Niektórzy traktują go wręcz, jak panaceum na wszelkie choróbsko - ale zbyt wielu ludzi upatruje tego samego we wszelkich trunkach ;) Natomiast likier z pewnością świetnie nadaje się jako dodatek do lodów, herbaty czy kawy.

Likier w wersji tradycyjnej przywieźliśmy dla bliskich, sami zaś kupiliśmy ten sam likier, lecz przygotowany na bazie czarnej porzeczki, który naprawdę pachnie tymi owocami, a do tego bardzo dobrze smakuje. W dodatku jest nieco delikatniejszy, gdyż zawiera 30% alkoholu. Słodycz owoców maskuje goryczkę ziół. Trunek sprzedawany jest w pięknych ceramicznych butelkach, zamykanych korkiem, dzięki czemu zachowuje swoje właściwości nawet po otwarciu i świetnie prezentuje się w domowym barku.

Likier porzeczkowy ma ciemną rdzawo-czerwoną barwę, orzeźwiający owocowy zapach, w którym po chwili można wyczuć również ciężkie ziołowe nuty. W smaku jest najpierw słodki, później wyczuwalna staje się gorycz ziół, przy czym jest to likier dosyć mocny.

Recepturę, jeżeli wierzyć podaniom, opracował ryski farmaceuta Abrahams Kunce. Została ona po raz pierwszy spisana w 1752 r., a trunek zdobywał coraz większą popularność. Legenda głosi, że balsam podano samej carycy Katarzynie II, którą wyleczył z niestrawności. Miała się za to odwdzięczyć zgodą na eksport trunku na carski dwór. W 1847 r. założono w Rydze fabrykę produkującą likier, która funkcjonowała aż do 1940 r. W czasie II wojny światowej receptura zaginęła, jednak dzięki relacjom przedwojennej załogi fabryki w 1950 r. recepturę odtworzono. Proces produkcji również dziś obejmuje okres leżakowania balsamu przez 32 dni w dębowych beczkach, z których przelewa się go do ceramicznych butelek.

Do osób, które przyznawały się do picia ryskiego czarnego balsamu należeli Charles de Gaulle, królowa Elżbieta II, i wielu rosyjskich przywódców.

Podobno w Rydze znajduje się bar "Riga Black Magic", w którym podawane są napoje, a nawet dania przygotowane na bazie ryskiego czarnego balsamu. Nie wiedzieliśmy o tym, będąc na Łotwie, ale jeżeli jeszcze tam powrócimy - z pewnością zajrzymy do tego miejsca.

31.10.15
Pomimo kilkudziesięcioletniej już historii zawód radcy prawnego wciąż jest bardzo słabo rozpoznawalny. Prowadzone przez samorząd zawodowy działania promujące zawód radcy prawnego są bardzo potrzebne, jednak nim odniosą realny skutek potrzeba jeszcze wiele czasu. Co prawda przedsiębiorcy, jak i osoby, które poszukiwały choć raz pomocy prawnej, znają już mecenasa w todze z niebieskim żabotem. Jednak wśród pozostałych osób, które do tej pory nie korzystały z usług profesjonalnych prawników, radca prawny jest kimś bliżej nieokreślonym. Na ogół kojarzonym z prawnikiem pracującym w urzędzie lub firmie, zajmującym się sporządzaniem umów i opinii prawnych dla swojego pracodawcy.

Ostatnio babcia zapytała mnie, kim będę jak już skończę "tę moją aplikację". Jeżeli zdam egzamin zawodowy zostanę radcą prawnym, babciu - odpowiedziałem. "Ale to znaczy kim? Adwokatem? Prokuratorem? Sędzią?" - dopytywała babcia. "Nie, radcą prawnym".

Kim więc jest ten zgoła mityczny radca prawny? Jak możecie wywnioskować z powyższego nie jest on ani adwokatem, ani prokuratorem, ani sędzią. Nie jest też komornikiem. Radca prawny jest całkowicie samodzielnym i odrębnym od powyższych zawodem prawniczym zaufania publicznego. Obok adwokata, i na równi z nim, radca prawny wykonuje swój zawód polegający na świadczeniu pomocy prawnej na rzecz osób indywidualnych, przedsiębiorców, spółek prawa handlowego, czy urzędów. Na równi z adwokatem radcy prawnemu przysługuje tradycyjny tytuł "mecenasa". Porównując zawód radcy prawnego do innych, lepiej znanych zawodów prawniczych, najbliżej mu właśnie do adwokata. Radca prawny dysponuje bowiem dokładnie tymi samymi uprawnieniami, co adwokat. Co więcej, w odróżnieniu od adwokata może być zatrudniony na podstawie umowy o pracę. Często jest to wykorzystywane w urzędach czy w firmach, które zatrudniają radców prawnych jako wewnętrznych profesjonalnych prawników.

Tak więc radca prawny nie tylko udziela porad prawnych, sporządza umowy i opinie prawne dla klientów, lecz również reprezentuje ich w postępowaniach sądowych (zarówno w sprawach karnych, cywilnych, jak i administracyjnych) i w postępowaniach przed wszelkimi urzędami. Dlatego z każdym problemem prawnym można przyjść do radcy prawnego po pomoc.

Wykonywanie zawodu radcy prawnego podlega dodatkowo odpowiedzialności dyscyplinarnej za zachowania niezgodne z zasadami etyki zawodowej. Podstawową zasadą wykonywania zawodu jest świadczenie pomocy prawnej rzetelnie, uczciwie, z należytą starannością, bezwzględnie dochowując tajemnicy zawodowej, z zachowaniem ostrożności, by nie działać w konflikcie interesów, a więc na przykład dla różnych klientów, których interesy są sprzeczne. Radca prawny musi ponadto dbać o godność zawodu zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym.

Radcy prawni prowadzą również sprawy z urzędu i działają często pro bono, między innymi w ramach corocznej akcji "Niebieski Parasol", czy przy centrach prawnych pro bono lokalizowanych przy Okręgowych Izbach Radców Prawnych.

Jeżeli więc nie słyszałeś do tej pory o radcach prawnych, to mam nadzieję, że nieco przybliżyłem ci ich pracę. W każdym sądzie można spotkać postaci w togach z niebieskim kolorem pod szyją. W Warszawie zobaczyć można też duże plakaty informujące o tym zawodzie, w ramach pomysłowej kampanii stołecznego samorządu. Wystarczy się rozejrzeć. A jak masz problem prawny - śmiało idź do radcy :)

24.10.15
M. nie do końca rozumie moją słabość do seriali i filmów o zombie. Sam się nad tym zastanawiam, co przyciąga tak wiele osób do ekranu, na którym ze złowieszczym pojękiwaniem sunie rozkładające się ludzkie ciało. Sęk w tym, że chyba wcale nie chodzi o zombie. Chodzi o losy, refleksje i zachowania pozostałych przy życiu ludzi. Jest bowiem coś takiego w świecie opanowanym przez "żywe trupy", co uwypukla ludzkie charaktery i nasze prawdziwe skłonności. Wobec przerażająco wręcz bezpośredniego i namacalnego zagrożenia, polegającego na codziennej walce o przetrwanie, o zdobycie pożywienia, lekarstw, wobec konieczności intuicyjnego rozpoznawania, kto wróg, a kto przyjaciel - ludzie porzucają maski, jakie można wygodnie nosić w cywilizowanym, stabilnym świecie. Ale nie w świecie po apokalipsie, jakim z pewnością jest świat opanowany przez zombie. Szybko okazuje się, ile w ludziach egoizmu i troski tylko o własne przetrwanie. Ile (uzasadnionej) podejrzliwości wobec innych, którzy zresztą nierzadko ukrywają swoje prawdziwe motywy. W końcu - jak wiele okrucieństwa, które jak wiele innych negatywnych cech ludzkiego charakteru znajduje tak łatwe usprawiedliwienie w walce o przeżycie. Z drugiej strony w świecie ukazanym w filmach o zombie wszelkie przejawy dobroci i niesienia pomocy innym także są bardziej widoczne, wznioślejsze. Mimo że życie często weryfikuje decyzje "pozytywnych bohaterów", nieraz z opłakanym dla nich skutkiem.

"Fear the Walking Dead" to tegoroczna produkcja, będąca, jak wskazuje Wikipedia, spin-offem i prequelem innego amerykańskiego serialu, dobrze wszystkim znanego "The Walking Dead" ("Żywe Trupy"). Nie lubię posługiwania się obcojęzycznymi pojęciami w języku polskim, więc pozwolę sobie wyjaśnić, że spin-off (z ang. "produkt uboczny") stanowi serial powstały na podstawie innego popularnego serialu, w związku z sukcesem, jaki odniósł pierwowzór. Z kolei prequel to poprzednik, a więc serial opowiadający o wydarzeniach, jakie miały miejsce przed tymi znanymi z innego filmu, czy serialu.

"Fear the Walking Dead" przedstawia więc historię epidemii, która szybko rozprzestrzeniła się po całej Ziemi i sprawiła, że ludzie po śmierci powracają do życia, jako nieświadome rozkładające się zwłoki, dręczone niezaspokojoną żądzą pożywiania się ludzkim (i nie tylko) mięsem. Oryginalny serial opowiadał o świecie, w którym ludzkość przegrała walkę o zachowanie cywilizacji, a rozproszone niedobitki starają się po prostu przetrwać, na własną rękę przemierzając Stany Zjednoczone, odnajdując fragmentaryczne informacje o przyczynach epidemii, czy też natrafiając na przeróżne artefakty z dawnego świata. Przede wszystkim jednak serial był studium osobowości poszczególnych bohaterów i ludzi, których spotykali na swojej drodze. Jak również filmem o radzeniu sobie z sobą samym, trudnymi relacjami z bliskimi i koniecznością dramatycznych wyborów między dobrem a złem.

Najnowsza produkcja studia AMC koncentruje się na wybuchu epidemii. Sezon pierwszy liczy jedynie 6 odcinków, pozwalających jednak na poznanie głównych bohaterów, zaangażowanych w skomplikowaną relację rodzinną. Twórcom udało się również ukazać szybki upadek cywilizacji i pogrążenie się Stanów Zjednoczonych w anarchii, a później pustce i ciszy. Na wstępie trzeba jednak zaznaczyć, że serial nie ma tej świeżości i mocy oddziaływania, co pierwowzór. Akcja rozkręca się bardzo powoli, bohaterowie przez większość sezonu pozostają nijacy i podejmują nieracjonalne, niewiarygodne psychologicznie decyzje. Tak naprawdę dopiero dwa ostatnie odcinki podkręcają napięcie i dodają bohaterom ikry. Dość skutecznie, co sprawia, że mimo niemrawego początku czekam z niecierpliwością na zapowiedziany na przyszły rok sezon drugi, liczący już 15 odcinków.

W serialu wiarygodnie ukazano pierwszy kontakt ludzi z zombie, gdy ludzie nie wiedzieli jeszcze o skutkach choroby i "żywe trupy" postrzegali jako ciężko rannych ludzi. Nikomu nie przychodzi do głowy myśl, że są to osoby, które zmarły. Pierwsze odcinki opowiadają też o szybkim rozpadzie porządku i o bezsilności władz publicznych Los Angeles i całego kraju. Kolejne odsłony serialu to historia zmagań o odzyskanie kontroli nad sytuacją przez mniej lub bardziej zorganizowane oddziały żołnierzy, oraz walki o ułożenie życia na nowo przez zwykłych ludzi. Aż do kluczowej operacji "Kobalt", która zmienia wszystko.

Twórcom udało się również (w końcówce sezonu) wydobyć coś więcej z bohaterów. Ojciec rodziny, Travis to ten klasyczny "dobry gość", którego nie mogło zabraknąć w postapokaliptycznym świecie. Obecność takiej postaci umożliwia stawianie jej przed coraz to trudniejszymi wyzwaniami i zmuszanie do zachowań wbrew sobie, które z pewnością wpłyną na rozwój bohatera. W serialu pojawia się też zamknięty w sobie, zdecydowany, i pozbawiony skrupułów Salazar, również ojciec rodziny, który zrobi wszystko, by zadbać o swoich bliskich. Odmienność tych bohaterów musi prowadzić do konfliktów między nimi. Ostatnie odcinki wprowadzają też tajemniczą postać zamożnego Stranda, który pomaga innym, aby byli mu dłużni przysługę.

Podsumowując, "Fear the Walking Dead" to serial w zasadzie tylko dla fanów pierwowzoru. Pozostali mogą nie wytrzymać nijakości i dłużyzn pierwszych odcinków, jak również nieracjonalnych i niewiarygodnych zachowań bohaterów. Wiele zmienia się za sprawą dwóch ostatnich odcinków, które rehabilitują serial i postacie. Z powodu tego końcowego wrażenia zamierzam obejrzeć drugi sezon.

Serial "Fear the Walking Dead" sezon 1 (2015)
twórcy: Robert Kirkman i Dave Erickson
produkcja: AMC

Ocena: 5/10

17.10.15
Ponieważ moja praca wymaga wielogodzinnego siedzenia za biurkiem, co nie sprzyja kondycji pleców, ani ogólnej ruchliwości i zdrowiu organizmu, od dłuższego już czasu poszukiwałem pomysłów na regularne uprawianie sportu i zwyczajne dbanie o "stan techniczny" swojego ciała. Dawniej sporo biegałem sam, później trochę z żoną. Ale do amatorskiego biegania też potrzeba i czasu, i pogody. Dlatego gdy pojawiła się możliwość zapisania się na siłownię w promocyjnej cenie, w dodatku po drodze z pracy do domu, to po prostu z tego skorzystaliśmy.

Mowa o nowej siłowni należącej do międzynarodowej sieci McFit, jaką otwarto na placu Zawiszy. Promocja pozwalała na 3 miesiące treningu w roku za darmo, oraz znosiła opłatę "wpisową" (w kwocie 90 zł). Dzięki temu w dobrej cenie nabyliśmy karnety open na siłownię i zajęcia Cyber Fitness.

Na siłownię chodzimy od dnia jej otwarcia (w połowie września), zaczynając od średnio 2 wizyt w tygodniu. Jakie wrażenia? Bardzo pozytywne. Siłownia mieści się na dwóch piętrach w bardzo klimatycznych wnętrzach, nawiązujących do stylu miejskiego, oraz wszelkich rodzajów sportów ekstremalnych i ogólnego dbania o siebie. Sprzęt jest oczywiście nowy i markowy, a całość podzielona jest na poszczególne strefy, odpowiadające danym rodzajom treningu. Na telewizorach wyświetlane są reportaże z zawodów sportowych, mocno inspirujące i zachęcające do wysiłku. W tle leci zaś odpowiednio dobrana muzyka, dzięki której czas spędzony na siłowni nie jest nudny. Szatnie i przebieralnie są przestronne i nie ma w nich kolejek, niezależnie od pory dnia i dnia tygodnia. Zarówno wejście na siłownię (24/7), szafki na rzeczy, jak i depozyty na rzeczy wartościowe - są obsługiwane przy użyciu karty członkowskiej siłowni. Na siłownię chodzą ludzie w różnym wieku, o różnej kondycji i stopniu "napakowania". Wszyscy zachowują się w porządku, przestrzegają reguł panujących na siłowni.

Na chwilę obecną ćwiczymy plecy w oddzielnej, przeznaczonej do tego strefie siłowni, oraz spędzamy sporo czasu na maszynach kardio - rowerkach i orbitrekach. M. uczęszcza też na wirtualne kursy fitness, których na siłowni jest całkiem sporo. Kurs nagrany przez trenerów jest wyświetlany na wielkich ekranach, o stałych porach, dzięki czemu niezależnie od liczby chętnych każdy może brać w nich udział. Ja powoli rozglądam się za maszynami na pozostałe mięśnie - generalnie apetyt rośnie w miarę ćwiczenia.

Jeżeli szukacie czegoś, co zmobilizuje was i przymusi do regularnego wysiłku, to warto pomyśleć o siłowni. Szczególnie, że idzie zima, która większość pozostałych aktywności sportowych poważnie ogranicza. Poza tym płacąc za karnet ma się poczucie, że trzeba na tę siłownię pójść ;) Z bieganiem tak nie jest - zawsze można znaleźć wymówkę i w rezultacie odsuwać trening na nieokreśloną przyszłość.

PS: szkoda tylko, że McFit nie wspadł na pomysł, by jakoś uświetnić otwarcie siłowni. Myślę, że bez problemu można było pozyskać darmowe napoje iztotniczne dla trenujących, czy też zaprosić jakieś gwiazdy sportu, by poprowadziły pierwsze zajęcia.

10.10.15
Czas na krótkie podsumowanie tego, co fajnego/inspirującego/ważnego wydarzyło się we wrześniu 2015 r. - z mojej perspektywy.

1. Pierwsze w życiu nurkowanie - a więc nowe, słodko-gorzkie doświadczenie, które wymagało ode mnie zarazem wyjścia poza strefę komfortu, jak i dostarczyło wiele przyjemności i nowych wrażeń. Z perspektywy czasu myślę, że chętnie spróbowałbym nurkowania na otwartych wodach - w jakimś nastrojowym polskim jeziorze.

2. Satysfakcja z wytężonej pracy naukowej - w zakresie nauki włożyłem wiele czasu i wysiłku w przygotowania do jednego z ostatnich egzaminów na aplikacji (postępowanie sądowoadministracyjne), dzielących mnie od egzaminu zawodowego. Nie znam jeszcze wyników, ale sam fakt włożonej pracy, podobnie jak świadomość coraz większej dyscypliny w nauce - wywołuje mój uśmiech zadowolenia.

aktualizacja - wynik 30/30 punktów i 5 z egzaminu :) Włożony wysiłek dał owoce!

3. Treningi na siłowni - razem z M. postanowiliśmy zapisać się na siłownię, aby rozruszać nieco kości i zadbać o pozostanie w formie. Jak na razie się to udaje, a ćwiczenia stanowią świetną przerwę od nauki, dla podładowania również umysłowych akumulatorów. No i fajnie, że czas spędzam z M.

4. Szczególne spotkanie z bliskimi - przy okazji urodzin bliskiej mi osoby była okazja, by dłużej pobyć i na spokojnie porozmawiać z ważnymi dla mnie ludźmi, pokazać zdjęcia z wyprawy bałtyckiej po Litwie, Łotwie i Estonii, nacieszyć się po prostu swoim towarzystwem. Brakowało mi tego.

5. Udział w ogólnokrajowym referendum - mimo wszystkich kontrowersji, jakie wzbudziło, cieszę się, że miałem okazję wziąć udział w 5. w historii współczesnej Polski, a zarazem w 1. w którym mogłem głosować referendum ogólnokrajowym. Pamiętam, że jako dzieciak towarzyszyłem rodzicom w głosowaniu co do wejścia naszego kraju do Unii Europejskiej, i nawet sam wrzucałem kartę do urny.

6. Reaktywacja bloga - pod domeną zycbardziej.pl pisałem już wcześniej, ale dopiero we wrześniu zaczęły pojawiać się nowe wpisy po dłuższej przerwie, stare zaś trafiły do archiwum/zostały usunięte. Mam ten problem, że gdy do czegoś wracam, to lubię zacząć na czysto, "od zera". Tak też było w tym przypadku. Cieszę się, że znowu piszę. Może tym razem na dłużej.

Jeżeli macie ochotę podzielić się waszymi wrażeniami z września - zapraszam, komentarze są do waszej dyspozycji.

4.10.15 r.
Jakiś czas temu byliśmy w naszym kinie (Atlantic) na nowej polskiej produkcji poświęconej wydarzeniom, jakie miały miejsce w dużym irackim mieście Karbali, w 2004 r. Oddziały polskie i bułgarskie otrzymały rozkaz utrzymania budynku ratusza przed atakami irackich rebeliantów. O bitwie wcześniej się nie mówiło ze względu na różne procesy utajnienia wydarzeń, oraz ze względów politycznych, nakazujących przypisać sukces rdzennym siłom irackim (podczas gdy w rzeczywistości regularne irackie siły państwowe zdezerterowały, a nawet przeszły na stronę rebeliantów). Obraz filmowy dość wiernie oddaje przebieg ówczesnych zdarzeń, przy czym w rzeczywistości żołnierzy było jeszcze mniej, a walki ciągnęły się dłużej niż te kilka dni pokazanych na ekranie.

Film stanowi reportaż z życia polskich żołnierzy stacjonujących w Karbali. Obserwujemy więc ich codzienne zadania, obejmujące patrolowanie miasta i obszarów w regionie, jak i kulisy normalnego życia. Jesteśmy świadkami relacji pomiędzy żołnierzami, jak i rozterek w kontaktach z bliskimi. Poznajemy bohaterów, do których czujemy sympatię lub wręcz przeciwnie - wyraźną niechęć. Nie są więc dla nas obojętni. Film pokazuje również, jak Polacy postrzegają Amerykanów czy lokalne siły irackie, przygotowywane do samodzielnej służby w kraju.

Atmosfera się zagęszcza, gdy żołnierze otrzymują informację o planowanym ataku rebeliantów na Karbalę. Przed niewielkim oddziałem obrońców zostaje postawione trudne zadanie obrony ratusza, przy ograniczonej ilości amunicji i zaopatrzenia. W dodatku z dyscypliną w wojsku bywa różnie, za rogiem czai się zdrada, a rebelianci posługują się metodami walki, które dla Europejczyków są absolutnie nie do przyjęcia, a polskich żołnierzy i dowódców po prostu paraliżują, stawiając w położeniu, z którego - jakby się zdawało - nie ma wyjścia.

Film trzyma w napięciu i jest naprawdę interesujący, zaś aktorzy dość przyzwoicie sobie radzą. Zwłaszcza rola kapitana Grzegorza Kaliciaka (granego przez Bartłomieja Topę) zasługuje na uwagę, bo oddaje dramaty dowodzenia ludźmi w obliczu zagrożenia. Reżyserowi udało się też przemycić nieco patosu i bohaterstwa, w sposób w mojej ocenie dość wyważony, bez przeginania. Ale ja lubię tego rodzaju klimaty w filmach. Oddano polskim żołnierzom ich zasługi, ale też - bez przesadnego wynoszenia na piedestał. Dla mnie "Karbala" to dość dobre kino wojenne, zyskujące bardzo wiele tym, że poświęcone polskim żołnierzom, naszej misji w Iraku, nakręcone i grane przez Polaków. Oby więcej tego rodzaju filmów. To, do czego można mieć ewentualne zarzuty, to ujęcia scen walki, które mogłyby być bardziej urozmaicone. Przy czym zwiększyłoby to znacząco budżet filmu, który jak na polskie realia wydaje się całkiem spory (13 mln zł).

Armia Mahdiego, której bojownicy walczyli w Karbali, istniała w latach 2003 - 2008. W kwietniu 2004 r. zdobyła kontrolę nad kilkoma miastami w Iraku, którą utraciła już miesiąc później. Więcej nie udało jej się odnieść znaczących sukcesów.

Kapitan Grzegorz Kaliciak jest obecnie podpułkownikiem, służył również w Afganistanie (do 2011 r.). Opisał wydarzenia z bitwy w książce "Karbala. Raport z obrony City Hall" (wyd. Czarne)

"Karbala" (2015)

reż.: Krzysztof Łukaszewicz
scenariusz: Krzysztof Łukaszewicz
Ocena: 7/10

27.09.15
Często myślę o tym, że tak naprawdę nie mamy czasu cieszyć się małymi rzeczami, niewielkimi radościami dnia codziennego, w które nierzadko włożyliśmy sporo wysiłku. To dosyć przykre. Przykład? Kwitnący wszystkimi kolorami tęczy balkon. To już drugi rok, kiedy na wiosnę szykujemy nasz balkon, obsadzając go różnego rodzaju roślinami. Szczególnie wiele pracy kosztowało nas to w zeszłym roku, gdy przez wiele miesięcy szykowaliśmy sadzonki, wysiewając je z nasion, następnie pikując, aby w końcu umieścić je w balkonowej skrzyni i już tylko pielęgnować. Martwiąc się w czasie urlopu, czy bliscy na pewno podleją nasze roślinki i czy będzie do czego wracać... (jeszcze nas nie zawiedli!). Tak więc rosły nam szałwia błyszcząca, lwie paszcze, piękna róża i własne poziomki (które owocowały dość umiarkowanie, ale były namiastką ogrodu). Do tego trochę ziół w postaci mięty i bazylii. Wyglądało to jak na poniższych zdjęciach.







Jednak pomimo tylu starań i dodatkowych obowiązków nie mieliśmy i nadal nie mamy tak naprawdę czasu, by po prostu usiąść na balkonie i cieszyć się efektami naszej pracy. Życie i realizacja różnych naszych planów zawsze skutecznie pogania do działania, przez co zwyczajne podziwianie kwiatów staje się palącym wyrzutem sumienia. Myślałem, że tylko ja tak to odczuwam, do czasu kiedy M. stwierdziła, że nie ma nawet czasu pocieszyć się kwiatkami. Cóż... Możnaby więc uznać, że lepiej odpuścić. Albo spróbować znaleźć czas na małe radości - adekwatnie - niejako "przy okazji". Jasne, że chciałbym usiąść na balkonie z dobrą książką beletrystyczną i sokiem z kostkami lodu. Ale skoro się nie da (co jest tematem na osobne rozważania), to może warto spróbować chociaż tak "przy okazji" podglądnąć i odczuć te małe radości?

W tym też duchu łapię krótkie, ostatnie godziny słońca, jakie pozostają po pracy, by uczyć się na balkonie i zerknąć między stronami na gibiące się na wietrze kwiaty. W tym roku wyglądają tak:




18.09.15
Kilka dni temu miałem okazję po raz pierwszy w życiu zobaczyć świat pod wodą, wkroczyć w nowe, nieprzyjazne dla człowieka i obce mu środowisko, i zachwycić się prostym tak naprawdę doświadczeniem - siedzenia na dnie basenu, oddychania przez automat i rozglądania się wokół. Bez strachu i spokojnie. Było naprawdę fajnie, tak sobie spoczywać na dnie i się tym nie przejmować. Jednakże początki nie były zbyt przyjemne... Moment, w którym instruktor polecił po raz pierwszy zanurzyć głowę pod wodę sparaliżował mnie. Mimo że wcześniej, w trakcie godzinnego wykładu teoretycznego, wszystko wydawało się logiczne i łatwe. Gdy przyszło co do czego miałem podświadomy opór przed zaczerpnięciem oddechu pod wodą. Do tego stopnia, że przez chwilę rozwżałem opuszczenie basenu i uznanie, że nurkowanie nie jest dla mnie. Zmusiłem się jednak, żeby spróbować. I nie żałuję, bo nurkowanie jest czymś naprawdę niezwykłym, nawet w basenie.

Kurs PADI Discover składa się z jednego nurkowania na basenie i jednego wykładu. Nie wiem czy sam z siebie zdecydowałbym się kiedykolwiek na nurkowanie, ale że dostałem kurs w prezencie od znajomych, to nie było się nad czym zastanawiać - trzeba było po prostu spróbować.

Z czego składa się podstawowy ekwipunek nurkowy? Mamy pompowany jacket (kurtkę), do którego przytwierdzona jest butla z mieszanką gazową do oddychania, dwa automaty do oddychania pod wodą (jeden dla nas i drugi awaryjny - dla nas, lub partnera nurkowego, gdyby coś stało się z jego butlą), licznik zużycia powietrza, pas obciążający, żeby móc złapać równowagę pod wodą, gdzie środek ciężkości układa się zupełnie inaczej niż na powierzchni, oraz płetwy, maskę i piankę. Co ciekawe, w maskę się pluje, aby zapobiec jej parowaniu.

W czasie kursu wykonywaliśmy ćwiczenia, takie jak odnalezienie wypuszczonego automatu pod wodą i ponowne oddychanie na dwa sposoby po jego odszukaniu (ponieważ trzeba opróżnić go z wody zanim zacznie podawać powietrze), pływanie bez użycia rąk, osuszanie pod wodą zalanej maski itp. podstawowe dla nurkowania czynności.

Nurkowanie to drogie hobby, bo zarówno sprzęt, jak i konieczność wyjazdów (co do zasady za granicę) do tanich nie należą. Stąd przynajmniej na razie nie widzę nurkowania w moim życiu. Ale gdybym miał okazję raz jeszcze spróbować na basenie, i już spokojniej, obeznany z pierwszym wrażeniem, poćwiczyć nabyte umiejętności by poczuć się pod wodą zupełnie swobodnie - chętnie bym z tego skorzystał.

Miałem okazję zrobić coś zupełnie nowego, co wymagało ode mnie wyjścia poza strefę komfortu. A to dodaje punkty do pewności siebie i fajnie wpływa na samopoczucie.

03.09.15